Biebrza o świcie, kiedy jeszcze nikt nie patrzy
Reportaż o tym, dlaczego Biebrzański Park Narodowy stał się drugim atelier polskich artystów
Biebrzański Park Narodowy od dawna był rajem ornitologów. Ostatnie lata przyniosły nową falę przyjezdnych — artystów, którzy tu przyjeżdżają nie po gatunki, tylko po coś, czego nie da się nazwać krótko.
Jest kwadrans po czwartej, koniec kwietnia, temperatura trzy stopnie powyżej zera. Mgła nad rozlewiskami nie pochodzi z wody — pochodzi spomiędzy trzcin. Wisi w powietrzu tak nieruchomo, że ma się wrażenie, jakby czas przestał iść, a zaczął oddychać. Na drewnianej kładce stoi trzech mężczyzn w gumiakach i nie odzywają się od dwudziestu minut. Dwóch ma aparaty, trzeci ma blok szkicowniczy. Czekają, aż wstanie słońce.
Jednego z nich znam. Nazywa się Jan Kowalczyk, jest malarzem pejzażystą z Warszawy, ma pięćdziesiąt trzy lata i przez ostatnie cztery przyjeżdża na Biebrzę sześć, siedem razy w roku. Zawsze na kilka dni. Zawsze przed świtem wstaje i idzie na kładkę pod Goniądzem. „Nie maluję tutaj”, mówi. „Patrzę. Malowanie zostawiam na dom. Tutaj chodzę i patrzę.”
Jak to się zaczęło
Biebrza była sobą jeszcze przed artystami. Dwieście dziewięćdziesiąt trzy kilometry kwadratowe terenu chronionego, największe rozlewiska w Europie Środkowej, pięćset gatunków ptaków, pełna dynamika roku — zimą zamarznięta, wiosną zatopiona, latem zielona po horyzont, jesienią złotożółta. Dla ornitologów od lat siedemdziesiątych była Mekką. Dla artystów — niekoniecznie. Długo w malarstwie polskim dominowały Tatry, Mazury, Bieszczady. Podlasie pojawiało się, ale jako dodatek, nie centrum.
Przełom przyszedł chyba w okolicach 2015 roku. Leon Tarasewicz — malarz z Walił pod Białymstokiem, osobisto związany z tym krajobrazem przez całe życie — zaczął być na polskiej scenie coraz widoczniejszy. Jego „pasy” — wielokolorowe, pionowe, rytmiczne obrazy — zaczęto rozumieć dosłownie jako transpozycję rozlewisk. Nie abstrakcję — transpozycję. Kiedy ktoś stanie na kładce nad Biebrzą wiosną i spojrzy w stronę horyzontu, widzi dokładnie to, co Tarasewicz maluje od trzydziestu lat: pasy zielone, brązowe, siwe, rytmiczne, nieskończone. Świadomość tej tożsamości — że abstrakcja polskiej awangardy w rzeczywistości jest realizmem regionalnym — podziałała jak otwarcie drzwi.
Po Tarasewiczu przyszli inni. Młodsi malarze z Warszawy, Wrocławia, Krakowa zaczęli jeździć na Biebrzę „po krajobraz”. Fotografowie natury rozszerzyli swoją praktykę z ornitologii na fotografię kontemplacyjną. Pisarze — Szczepan Twardoch, Olga Tokarczuk, Andrzej Stasiuk (choć on związany głównie z Beskidami) — zaczęli wspominać Biebrzę w esejach.
Czego szukają
Przez cztery dni pobytu rozmawiałem z dziewięciorgiem artystów — malarzami, fotografami, jednym rzeźbiarzem, jedną pisarką — którzy regularnie wracają nad Biebrzę. Pytałem prostego: dlaczego właśnie tu. Odpowiedzi były różne w szczegółach, ale schodziły się w kilku motywach.
Skala i cisza
Pierwszym powodem była skala. Biebrza oferuje horyzont, który w Polsce gdzie indziej trudno znaleźć — z wyjątkiem może polskich wybrzeży i fragmentów Mazur. Ale na Biebrzy horyzont jest inny: płaski, zarysowany trzciną, przerwany linią brzozowego zagajnika gdzieś daleko. „Kiedy człowiek widzi taki horyzont, coś w nim się uspokaja”, powiedział mi jeden z fotografów. „Miasto wymusza, żebyś cały czas czegoś pragnął. Tu — nie ma już czego pragnąć, bo wszystko już widzisz”.
Cisza jest drugim składnikiem. Nie dosłowna — Biebrza rano jest akustycznym festiwalem żurawi, bocianów, żab. Ale cisza społeczna. Brak ludzi. Brak rozmów. Brak telefonu (zasięg kiepski w głębi parku). Ta cisza odsłania myśli, których w codziennym życiu nie słychać. Dla artystów — paliwo.
Tempo natury
Druga rzecz: rytm. Biebrza nie idzie w tempie tygodnia ani godziny. Idzie w tempie pory roku. Wiosną — powodzie, zatopione łąki, pierwszy przelot żurawi. Latem — żar, komary, suche trzciny. Jesienią — złoto, mgła, spadek temperatury. Zimą — lód, cisza fizyczna, białość. Artyści, którzy tu wracają, uczą się patrzeć na swój rok w kategoriach Biebrzy. „Wiem, że muszę być w kwietniu. Muszę być w październiku”, mówi malarka z Gdańska, którą spotkałem w pensjonacie w Goniądzu. „Lata temu planowałam rok wokół galerii. Teraz planuję go wokół Biebrzy.”
Nieprodukcyjność jako wartość
Trzeci motyw, który powtarza się najczęściej, to — co by tu zdefiniować — nieprodukcyjność. Biebrza jest miejscem, gdzie nikt od Ciebie niczego nie wymaga. Nie ma galerii, które by czekały. Nie ma grantów, które trzeba by rozliczać. Nie ma mediów, które by dzwoniły. Jest tylko teren, Twoje oczy i materiały. I bardzo długie godziny, w których po prostu patrzysz.
Ta nieprodukcyjność — dla artystów pracujących w trybach miejskich — jest luksusem. Wielu z nich mówiło mi wprost: że wraca nad Biebrzę po to, żeby przestać być artystą. Żeby na cztery dni być po prostu człowiekiem, który patrzy. A dopiero z tej pustki — kiedy wracają do pracowni — wyłania się coś nowego do namalowania, sfotografowania, napisania.
Na Biebrzy nie robię sztuki. Na Biebrzy pamiętam, dlaczego ją robię.
Kto tu pracuje
Poniżej krótka, niewyczerpująca lista artystów, których prace osobiście widziałem i o których mogę powiedzieć, że Biebrza jest w nich obecna — nie jako temat, ale jako fundament.
Leon Tarasewicz
Mieszkający w Waliłach pod Białymstokiem, pracujący od pół wieku z pejzażem Podlasia jako główną materią. Omawialiśmy go szerzej w artykule o polskich współczesnych malarzach. Na Biebrzy bywa często — częściej niż gdziekolwiek indziej.
Jacek Sempoliński (1927-2012)
Już nieżyjący malarz i pedagog, który przez ostatnie dekady życia pracował w pejzażu Podlasia. Kluczowa figura dla zrozumienia, jak Polska połowa XX wieku interpretowała miejscowy krajobraz. Jego obrazy z bagien są melancholijne, minimalistyczne, niemal monochromatyczne — ale w tej monotonii jest wszystko.
Jerzy Krzyżewski
Fotograf przyrody z Białegostoku. Ponad czterdzieści lat pracy z Biebrzą. Jego czarno-białe fotografie świtu — zwłaszcza seria „Trzciny” z lat 2008-2015 — definiują to, jak widzimy dzisiaj ten krajobraz. Album „Biebrza” (wydanie Muzeum Podlaskie, 2018) to najlepszy jeden tom o regionie.
Anna Juchnowicz
Malarka z Suwałk, po sześćdziesiątce, pracująca w bardzo gęstej technice olejowej. Jej obrazy z Biebrzy są nietypowe — bardzo bliskie, szczegółowe. Maluje pojedyncze trzciny, pojedyncze liście, pojedyncze kropelki rosy. „Patrzenie z bliska jest moim sposobem na to, że nie umiem pokazać wszystkiego” — mówi. Dla zwiedzających jej pracownię w Suwałkach — wyjątkowe doświadczenie.
Marek Ostrowski
Pisarz eseista z Warszawy, od dziesięciu lat wracający nad Biebrzę po dwa tygodnie rocznie, pisząc każdego roku jeden długi esej. Wydany w 2023 tom „Jedno miejsce” zbiera dziewięć z nich. Jeśli chcesz się nauczyć, jak pisać o krajobrazie bez sentymentalizmu — ta książka jest klasą samej w sobie.
Jak odwiedzić Biebrzę
Na koniec krótkie rady praktyczne — dla tych, którzy po przeczytaniu tego tekstu pomyślą, że mogliby spróbować sami.
Kiedy jechać
Kwiecień-maj (wiosenne rozlewiska, żurawie, najwięcej wody). Październik-listopad (złota jesień, przedzimowe światło). Zima jest trudniejsza logistycznie, ale dla wyrobionych fotografów szczególnie nagradzająca. Lato — tylko dla przyzwyczajonych, komary są problemem.
Gdzie nocować
Goniądz — małe miasteczko w sercu parku. Kilka pensjonatów (rekomendujemy Agroturystykę „Nad Biebrzą” oraz pensjonat „Bocianie Gniazdo”). Pojedyncza noc 120-180 zł. Alternatywa — Osowiec-Twierdza z jego zabytkową twierdzą carską. Druga opcja — Tykocin lub Wizna.
Gdzie konkretnie iść
Kładka Dolistowska (najpopularniejsza, drewniane chodniki przez rozlewiska). Kładka Długa (dłuższa, mniej zatłoczona). Szlak wokół uroczyska Czerwone Bagno. Wieża widokowa w Osowcu. O świcie — każda z tych lokalizacji oferuje inne światło.
Co zabrać
Przede wszystkim: cierpliwość. Biebrza nie objawia się od razu. Pierwsze wyjście na kładkę czasem nie daje nic — trzeba wrócić o innej porze, innego dnia, innej pogody. Dopiero po trzeciej, czwartej wizycie zaczynasz rozumieć, co widzisz. Rzeczy techniczne: ciepłe ubrania (poranki są zimne nawet w maju), gumowce, odpowiednia optyka dla fotografów (dobry szerokokątny obiektyw, statyw). Dla malarzy — blok szkicowniczy, a nie pełny sprzęt. Malowanie zostawcie na pracownię.
Ostatnie zdanie
Biebrza nie jest miejscem, które odwiedza się raz. Jest miejscem, do którego się wraca. Pierwsza wizyta daje pierwsze wrażenie. Druga — zaczyna rozumieć, że pierwsza była powierzchowna. Trzecia, piąta, dziesiąta — zaczyna odsłaniać warstwy, których wcześniej nie było widać. Artyści, z którymi rozmawiałem, mówią zgodnie: że pracują z tym krajobrazem latami, a on nadal ich zaskakuje.
Zapraszamy. Najlepiej — o świcie, kiedy jeszcze nikt nie patrzy.
Teksty pokrewne
Filharmonia Kameralna w Łomży — dlaczego ta scena jest większa niż myślisz
Filharmonia Kameralna w Łomży nie jest najmniejszą instytucją muzyczną w Polsce. Ale jest jedną z mniej znanych. Nie jest największą sceną muzyczną na Podlasiu. Ale jest najbardziej konsekwentną.
Czytaj →Polscy malarze współcześni, o których warto wiedzieć
Polska scena malarska ostatnich trzydziestu lat jest dużo bogatsza niż sugerują media. Poniżej dziesięć nazwisk, które powinien znać każdy, kto chce mieć pojęcie o dzisiejszej sztuce w naszym kraju.
Czytaj →