Tomasz: „Pisanie zaczęło się u mnie, kiedy firma zbankrutowała”
Grafik z Białegostoku, który w czterdziestym drugim roku życia — po upadku własnej firmy — zaczął pisać wiersze. Rozmowa o nieoczekiwanych skutkach porażek.
Tomasz ma czterdzieści sześć lat. Grafik reklamowy z Białegostoku. Spotykamy się w małej kawiarni koło filharmonii. Zamawia czarną kawę, wyjmuje nie notatnik — kartkę. Powie mi potem, że kartki są lepsze — notatniki zobowiązują, a on wolał zaczynać od czegoś przypadkowego.
Firma
Firmę założył w 2008, kiedy miał dwadzieścia osiem lat. Studio graficzne — trzech wspólników, klienci z całej Polski, głównie instytucje publiczne i wydawnictwa. Przez dwanaście lat rosła, powoli, ale stabilnie. W 2020 — pandemia. W 2021 — utrata dwóch największych klientów. W 2022 — bankructwo.
„Nie było to ciche bankructwo. Rok trwała walka o utrzymanie firmy. Renegocjowanie wszystkiego. Sprzedaż części wyposażenia. Zwolnienia pracowników — każdego znałem osobiście. Kiedy wreszcie podpisałem papiery o upadłości, byłem wykończony. Nie miałem już do czego wracać. I wtedy zaczęła się dziwna rzecz.”
Pustka
Ta dziwna rzecz to była pustka. Ale nie zła pustka — nie depresja, nie poczucie klęski. „Coś w rodzaju ciszy, której u siebie nie znałem. Przez dwanaście lat codziennie rano włączałem głowę w tryb »co dziś trzeba zrobić«. Teraz nie trzeba było niczego robić. Klienci przestali dzwonić — bo wiedzieli, że już nie mam firmy. Pracownicy szukali pracy gdzie indziej. Rachunki były opłacone z tego, co zostało.”
„Wstałem któregoś dnia rano. Zrobiłem kawę. Usiadłem przy stole i nie wiedziałem, co robić. To było pierwszy raz od studiów. Zacząłem pisać jakieś zdanie na kartce. Nie pamiętam jakie. Pamiętam, że przeczytałem je i pomyślałem: »no, niezłe«. Napisałem następne. Dwa miesiące później miałem kilkanaście stron jakichś zdań.”
Od zdań do wierszy
Tomasz długo nie nazywał tego, co pisze, poezją. „Nazywałem to »notatkami«. Potem »luźnymi zapisami«. Dopiero któregoś dnia kolega ze studiów, który wpadł na piwo, zobaczył kartki na stole i zapytał: »piszesz wiersze?«. Odpowiedziałem, że nie. On spojrzał jeszcze raz i powiedział: »pisze wiersze, tylko tego nie wie«. Roześmiałem się. Ale on miał rację. To były wiersze. Po prostu wcześniej nie odważyłem się tak ich nazywać.”
Moje pisanie zaczęło się od tego, że nie miałem już co robić. To ważne, żeby to powiedzieć. Pasja nie zawsze bierze się z pozytywnej energii. Czasem bierze się z braku alternatyw.
Pierwsza publikacja
Po roku pisania Tomasz wysłał kilka wierszy do „Odry” — jednego z polskich czasopism literackich. Ku swojemu zaskoczeniu — trzy zostały przyjęte. „Dostałem maila z redakcji. Pisałem już od dawna, ale traktowałem to jako swoje prywatne. Ta akceptacja była dziwna — z jednej strony to było wzniesienie, z drugiej powód do strachu. Bo teraz już ktoś mnie czytał. Już nie byłem tylko z sobą.”
Dwa lata po pierwszej publikacji Tomasz wydał tomik w małym wydawnictwie z Krakowa. Sto egzemplarzy. „Prawie nikt o nim nie wie. Sprzedały się z pięćdziesiąt kopii. Ale wydać tomik to było dla mnie coś fundamentalnego. Pokazałem rodzinie, przyjaciołom. Wielu z nich nie wiedziało, że piszę. Reakcje były różne. Niektórzy poruszeni. Niektórzy zakłopotani. Mój ojciec powiedział: »wreszcie robisz coś sensownego«. Byłem zły, potem się zaśmiałem.”
O czym pisze
Pytam o tematy. Tomasz wzrusza ramionami. „Nie wybieram ich. Przychodzą same. Dużo pojawia się codziennych rzeczy — filiżanka, okno, drzewo za oknem. Dużo pojawia się strat — rzeczy, których nie ma, ludzi, których już nie ma. I dużo pojawia się czasu — jak wszystko się zmienia, jak pamięć działa, jak coś się utrwala w sobie po latach. Nie są to oryginalne tematy. Ale widocznie dla mnie są.”
Praca
Po dwóch latach bez pracy Tomasz zaczął znowu brać zlecenia graficzne — tym razem jako freelancer, nie własna firma. „Pracuję około trzydziestu godzin tygodniowo. Wystarczy na życie. Reszta czasu — pisanie, czytanie, długie spacery. Spacery są ważne. Większość wierszy kończy się podczas spaceru, a nie przy biurku.”
Czy planuje wrócić do prowadzenia firmy? „Nie. Firma była moim sposobem na życie przez dwanaście lat. Nauczyłem się, że nie była dobrym sposobem. Dawała pieniądze, ale wyczerpywała mnie. Teraz zarabiam mniej, ale mam życie, które jest moje. Nie zamieniłbym tego z powrotem.”
O bankructwie
Zadaję pytanie, którego nie planowałem: czy jest wdzięczny, że firma upadła? Myśli długo. „To pytanie jest trudne. Nie chcę powiedzieć »tak«, bo to brzmi jak pocieszająca bzdura. Firma była ważna dla wielu osób — moich wspólników, pracowników, rodzin, które miały z niej utrzymanie. Ich strata była prawdziwa, a ja nie mam prawa jej relatywizować.”
„Ale dla mnie osobiście — tak, gdybym miał być uczciwy. Gdyby firma trwała, pisałbym nadal tylko w głowie. Nigdy bym niczego nie wydał. Nigdy bym nie odważył się siebie nazwać tym, kim wiedziałem, że jestem. Dopiero straciłem to, co się utrzymywało, żeby zacząć to, co się nie utrzymywało. Taki paradoks.”
Nie chcę powiedzieć, że bankructwo mnie uratowało. To byłoby zbyt ładne. Powiedzmy, że zwolniło we mnie miejsce, którego wcześniej nie umiałem zrobić.
Rada
Zapytałem na koniec, co powiedziałby komuś, kto jest teraz w jego dawnej sytuacji — w kryzysie, w pustce po czymś, co się skończyło.
„Powiedziałbym: poczekaj. Pustka nie jest wrogiem. Pustka jest miejscem. Jeśli się jej nie wypełni natychmiast innym dużym projektem, jeśli pozwoli się jej trwać przez kilka miesięcy — wyłoni się z niej coś, czego w momencie kryzysu nie da się przewidzieć.”
„Druga rzecz: nie szukaj nowej pasji. Niech cię znajdzie. Pasja, której szukamy, jest zwykle sklonowaną wersją tego, co już robiliśmy. Pasja, która przychodzi sama — jest nowa. I dlatego wartościowa.”
„Trzecia rzecz: weź kartkę. Zacznij pisać cokolwiek. Niekoniecznie wiersze. Notatki, listy, pamiętnik. Pisanie jest jedną z najłatwiejszych praktyk — nie wymaga sprzętu ani zgody niczyjej. I zaskakująco często otwiera coś, czego nie podejrzewałeś u siebie. Mnie otworzyło. Innym może też otworzyć.”