19.05.2026 — wydanie bieżące
Magazyn długiej formy
Historia czytelnika

Krzysztof: „Kupiłem wiolonczelę, kiedy miałem 47 lat”

Rozmawiał: Aleksandra Zawadzka 10 marca 2026 12 min czytania
Krzysztof: „Kupiłem wiolonczelę, kiedy miałem 47 lat”

Chirurg z Łomży, który po śmierci ojca zrozumiał, ile rzeczy odkładał na potem. Rozmowa o nauce instrumentu w dorosłym wieku i o tym, dlaczego czas nigdy nie czeka.

Krzysztof ma pięćdziesiąt lat, jest chirurgiem ortopedą w łomżyńskim szpitalu. Wiolonczelę kupił trzy lata temu. Siedzi w swoim małym gabinecie domowym — instrument stoi oparty o ścianę, na biurku notatnik ze znaczkami solfeżu, obok wydrukowane nuty Suit Bacha.

Dlaczego wiolonczela i dlaczego teraz

Zapytałam go, dlaczego wiolonczela, dlaczego nie coś łatwiejszego. Odpowiedź była zaskakująco konkretna.

Miałem siedem lat, kiedy pierwszy raz usłyszałem wiolonczelę. Byliśmy z ojcem na koncercie w Warszawie, grał Rostropowicz, pamiętam przez całe życie. I od tamtej pory ta myśl: „chciałbym”. Potem przeszło to w „kiedyś”. Potem w „za późno”. I dopiero po śmierci ojca zrozumiałem, że „za późno” to właśnie ta pułapka, którą mi nikt nie zastawił — sam sobie ją zbudowałem.

Ojciec Krzysztofa zmarł w 2021 roku. Miał osiemdziesiąt dwa lata, umierał dwa tygodnie. Krzysztof był przy nim codziennie. Po pogrzebie wrócił do pracy, po miesiącu wziął tygodniowy urlop i pojechał sam nad morze. Tam podjął decyzję.

Pierwszy instrument, pierwszy nauczyciel

Pierwszą rzeczą, którą zrobił po powrocie z urlopu, był zakup instrumentu. Nie drogi — 3500 zł, używany, z Allegro. „Sprzedawca z Warszawy, emerytowany muzyk orkiestry Filharmonii Warszawskiej. Pięćdziesiąt lat grał na tej wiolonczeli. Teraz już nie dawał rady fizycznie. Powiedział mi: `trzymaj ją dobrze’. Zapłakałem w samochodzie, w drodze powrotnej.”

Nauczyciela znalazł przez Filharmonię Kameralną w Łomży. Młoda wiolonczelistka, która w filharmonii grała regularnie, wzięła go prywatnie. Lekcja co tydzień, osiemdziesiąt złotych. „Pierwsze lekcje były upokarzające. Trzymałem smyczek jak topór, palce lewej ręki nie chciały się poruszać. Nauczycielka miała cierpliwość, której ja bym nie miał. Nie mówiła ani razu, że idzie mi źle. Mówiła tylko: teraz tak, potem spróbuj tak. Bardzo konkretne, bardzo spokojne.”

Pierwszy rok

Pierwszy rok był najtrudniejszy. Krzysztof miał pokusy, żeby się poddać — zwłaszcza między piątym a ósmym miesiącem. „Zaczynałem już coś rozumieć, ale ciało nie nadążało za rozumieniem. Wiedziałem, jak powinno brzmieć, a grałem źle. To był najgorszy etap. Teraz, po trzech latach, wiem, że to była normalna faza. Wtedy wydawało mi się, że jestem beznadziejny.”

Co pomogło mu nie rzucić? „Kilka rzeczy. Nauczycielka. Córka, która usłyszała mnie grać i powiedziała: `fajnie, że to robisz, tato’. Regularność — ustaliłem sobie, że ćwiczę codziennie dwadzieścia minut, nawet jeśli to ma być okropne. I wreszcie: jedna konkretna rzecz w repertuarze, która zaczęła mi wychodzić. Krótki kawałek, trzy takty z Suity Bacha w G-dur, preludium. Nauczyłem się tych trzech taktów tak, że brzmiały — naprawdę — jak muzyka, nie jak ćwiczenie. To był przełom.”

Kiedy po raz pierwszy usłyszałem dźwięk, którego nie mogłem odróżnić od nagrania Rostropowicza — trzy takty, ale serio — zrozumiałem, że to jest już moje.

Dzisiaj

Po trzech latach gry Krzysztof jest w miejscu, którego — jak sam mówi — „nie spodziewał się, że osiągnie”. Gra około dwudziestu utworów płynnie. Bach — trzy preludia z Suit (jedno z nich wykonał na weselu znajomych), kilka krótszych utworów Saint-Saënsa. Ma ambicje na następne pięć lat — chciałby nauczyć się całej pierwszej Suity Bacha. Wie, że to może zająć właśnie tyle.

Czy żałuje, że tak późno zaczął? „Paradoksalnie nie. Gdybym zaczął w wieku dwudziestu lat, nie miałbym tej motywacji. Kiedy masz czterdzieści siedem lat, uczysz się z zupełnie innym poczuciem czasu niż kiedy masz dwadzieścia. Każda godzina przy instrumencie ma wartość, której w młodości nie ma. Rozumiem to dopiero teraz. Piętnastolatek ma czasu na zmarnowanie. Czterdziestosiedmiolatek — nie.”

Rada dla innych

Zapytałam, co powiedziałby innym dorosłym rozważającym podobną decyzję. Odpowiedź miała trzy części.

„Po pierwsze: nie czekaj na lepszy moment. Lepszy moment się nie objawi. Ten, w którym jesteś teraz, jest jedynym, który masz.”

„Po drugie: kup tani instrument. Najtańszy, który działa. Nie buduj finansowego ciężaru, zanim sprawdzisz, czy w ogóle chcesz kontynuować. Ja kupiłem używane, ale znam ludzi, którzy zaczęli od wypożyczonego. Też dobra droga.”

„Po trzecie, i najważniejsze: znajdź nauczyciela w pierwszym roku. Nie po roku samodzielnego dłubania. Pierwszy rok kształtuje technikę. Złe nawyki z pierwszego roku wracają potem przez całe życie.”

Na koniec spytałam go, czy jest szczęśliwy. Roześmiał się. „Szczęście to zbyt duże słowo. Jestem w miejscu, w którym chciałem być. A to, oczywiście, jest już wiele.”