19.05.2026 — wydanie bieżące
Magazyn długiej formy
Historia czytelnika

Barbara: „Pierwszy raz namalowałam coś, co mi się spodobało, w wieku 54 lat”

Rozmawiał: Joanna Wiśniewska 18 lutego 2026 10 min czytania
Barbara: „Pierwszy raz namalowałam coś, co mi się spodobało, w wieku 54 lat”

Była księgowa, która po odejściu na emeryturę postanowiła sprawdzić, czy rzeczywiście nie umie rysować. Rozmowa o farbach, wątpliwościach i siedmiu latach unikania tematu.

Barbara ma pięćdziesiąt osiem lat. Mieszka w małym mieszkaniu w centrum Łomży. Jedna ze ścian salonu jest zawieszona obrazami — wszystkie namalowane przez nią, wszystkie z ostatnich czterech lat. Pejzaże, martwe natury, jeden autoportret. Style różne, poziomy różne. Ale każdy z tych obrazów wygląda, jakby był namalowany z pewnego miejsca — z konkretnej, rozpoznawalnej perspektywy.

Siedem lat unikania

Zapytałam Barbarę, kiedy po raz pierwszy przyszła jej do głowy myśl, że chciałaby malować. Pomyślała chwilę. „Po śmierci męża. Miałam pięćdziesiąt jeden lat. Maciek umarł w 2016 na raka trzustki, po dziewięciu miesiącach choroby. Zostałam sama w mieszkaniu, z dziećmi już na swoim, z pracą, która się skończyła pół roku potem, bo firma się zwinęła. W tej pustce coś się przede mną otworzyło.”

Co? „Pragnienie. Nie wiedziałam czego. Chodziłam po sklepach i raz, w Empiku, stałam pół godziny przy stoisku z farbami akwarelnymi. Nie kupiłam. Wyszłam. Powtarzało się to kilka razy w ciągu następnych miesięcy. Stałam, patrzyłam, wychodziłam. Dopiero po roku zrozumiałam, że chcę zacząć malować. I wtedy zaczął się etap unikania.”

Ten etap trwał siedem lat. Barbara kupowała książki o malarstwie, oglądała filmy, szukała kursów — ale zawsze znajdowała powód, żeby nie zacząć. Brak czasu. Brak talentu. Za drogie farby. Nie wiadomo, od czego zacząć. „Każda z tych wymówek była oddzielnie prawdziwa. Razem tworzyły ścianę, której nie mogłam przejść.”

Moment przełomu

Co się zmieniło? „Wnuczka. Moja wnuczka, Ada, miała wtedy osiem lat. Przyjechała do mnie na tydzień wakacji. Malowała sama cały dzień, farbami, które miała w plecaku. Zapytała mnie w pewnym momencie: »Babciu, a dlaczego ty nie malujesz?« Powiedziałam jej: »Bo nie umiem«. I ona mi odpowiedziała — pamiętam to dokładnie — »To zacznij«. Jakby to była najprostsza rzecz na świecie. I nagle dla mnie też była.”

Następnego dnia poszła do sklepu artystycznego w Łomży, kupiła podstawowy zestaw farb akwarelnych, papier, kilka pędzli. W sumie około stu osiemdziesięciu złotych. Weszła do domu, wyjęła wszystko z torby, postawiła na kuchennym stole — i usiadła bez planu. Zaczęła.

Pierwszy obraz był okropny. Wiedziałam o tym, jeszcze zanim skończyłam. Ale namalowałam go do końca. To było ważne — nie skończyć z poczucia, że nie wyjdzie. Skończyć, bo zaczęłam.

Pierwsze miesiące

Pierwsze trzy miesiące Barbara malowała samodzielnie, z filmików na YouTube. Dużo eksperymentów, dużo błędów. Po miesiącu zapisała się na weekendowy kurs w lokalnym domu kultury — osiem godzin z nauczycielką malarstwa. „Ten kurs zmienił wszystko. Nauczycielka, Joanna, miała ze sobą taką cierpliwość, jakiej sama nigdy bym nie miała z kimś, kto zaczyna od zera. Pokazała mi pięć podstawowych rzeczy — jak trzymać pędzel, jak mieszać kolory, jak pracować mokro na mokro, jak budować warstwy. Po tym kursie pierwszy raz miałam czym wracać do domu.”

Po pół roku Barbara zapisała się na regularny kurs malarstwa olejnego. Dziewięciomiesięczny, raz w tygodniu, trzy godziny. „To była zupełnie inna przygoda. Akwarele są szybkie, olej jest wolny. Musiałam zwolnić — wszystko u siebie. Uczyłam się czekać, aż jedna warstwa wyschnie, zanim dodam kolejną. Okazało się, że to jest dla mnie dobra nauka. Byłam całe życie niecierpliwa.”

Pierwszy obraz, który się podobał

„Pięćdziesiąt cztery lata. Martwa natura — dzbanek, trzy jabłka, biała szmatka. Klasyczne ustawienie, nic oryginalnego. Ale zrobiłam to po raz pierwszy tak, że patrzyłam na efekt i nie czułam wstydu. Czułam: »to jest moje, to wygląda jak chciałam«. Ten obraz wisi teraz w kuchni. Nie jest arcydziełem. Ale to był mój pierwszy prawdziwy obraz.”

Relacja z dziećmi

Dzieci Barbary — czterdziestoletni syn w Warszawie, trzydziestopięcioletnia córka w Gdańsku — zareagowały różnie na jej nowe życie. Córka z entuzjazmem. Syn — z zaskoczeniem, które powoli przechodziło w coś w rodzaju szacunku. „Nie rozmawiamy o tym dużo. Ale zauważam, że kiedy przyjeżdża do mnie, patrzy teraz na ściany inaczej. Kiedyś mnie w tym mieszkaniu nie widział — teraz widzi, że tu jest coś, co ja zbudowałam. To zmienia nasz kontakt. W dobrą stronę.”

O pieniądzach

Barbara nie sprzedaje obrazów. Pokazywała raz — w jednej zbiorowej wystawie seniorów-artystów w łomżyńskim domu kultury. Ludzie pytali, czy można kupić. Powiedziała, że nie. „Obawiam się sprzedawania. Jak tylko zaczęłabym sprzedawać, zaczęłabym myśleć o tym, co się sprzedaje. A to by zabiło moje malowanie. Nie mam żadnej potrzeby ekonomicznej — emerytura z dodatkiem po mężu wystarcza. Wolę żeby obrazy zostały na moich ścianach albo u znajomych. Sprzedaż zmieniłaby relację, której nie chcę zmieniać.”

Co dalej

Barbara maluje codziennie. Zwykle rano, po śniadaniu, półtorej godziny. Czasem więcej, nigdy mniej. Ma plan na następne lata — chciałaby spróbować portretów. Do tej pory trzymała się martwych natur i pejzaży. „Portret wymaga więcej. Trzeba umieć patrzeć. Jeszcze się tego boję, ale już nie tak bardzo jak kiedyś. Kiedy masz pięćdziesiąt osiem lat i zaczynasz coś nowego, jesteś mniej wystraszona tym, że Ci się nie uda. Już wiesz, że nieudane próby są częścią drogi.”

Na koniec spytałam, co powiedziałaby sobie sprzed dziesięciu lat. Milczała długo. „Powiedziałabym: »Basiu, nie bój się tak. Nie jest za późno. I nigdy nie będzie.« Ale wiem, że by mi nie uwierzyła. Musiała sama do tego dojść. Tak jak każdy musi.”